Czego czasem nie lubię w UCA

Studiowanie na uczelni artystycznej jest cudowną opcją, jednak przychodzą takie dni kiedy zastanawiam się nad tym, czy nie rzucić tego wszystkiego i nie pojechać w Bieszczady… albo Zakopane?
UCA jest cudownym miejscem, w którym każdy młody artysta ma duże pole do rozwoju… no właśnie! Zero teorii, brak egzaminów i nie ma kartkówek… Brzmi jak sen, prawda? Nie dla każdego. Jako mały kujon uwielbiam się uczyć, siedzieć z nosem w ksążkach i patrzeć na teorię…wszystkiego… Wiem, może to moja wina i powinnam pójść jednak na tę medycynę po klasie dwujęzycznej. Ups, straciłam swoje pięć minut. Nie myślałam, że kiedykolwiek to powiem, ale w c…zęści dość dużej brakuje mi tego stresu przed egzaminami. A no i oczywiście moja dyrektorka miała może rację mówiąc, że zamiast pisać wierszyki powinnam pójść na prawdziwe studia (czyt. medycynę).
Wszystkko to jest zastąpił jednak stres przed zasubmitowaniem portfolio! Oj tak moi dordzy, doskonale już wiem czym jest blokada pisarska, płakanie przed lapotem też nie jest mi obce, aktualnie jest to najczęstsza czynność wykonywana przeze mnie każdego dnia! Nie ma nic gorszego niż patrzenie się na pustą kartkę mojego notatnika i myślenie nad tym jak mam zdać ten semestr nie wiedząc o czym chcę napisać. Wymagana jest od nas wena 24/h 7 dni w tygodniu. A ja czasem chcę po prostu spać, albo poczytać książkę, pouczyć się, bo nie wiem co napisać i dotyka mnie weltschmerz i inne rzeczy z tej dziedziny…
Rozumiem, że musimy jakoś dogadywać się z innymi kursami ale k…rzywa mątwa! Jeśli jeszcze raz ktoś wysmaruje pół holu nutellą nazywając to ‘modern art’ to zwrócę śniadanie na środku tego dzieła. Nie chcę też po raz setny jednego dnia słuchac krzyków z sali teatralnej kiedy przyszli aktorzy próbują odegrać kolejną scenę zainspirowaną Tarantino i serce mnie boli patrząc na drukarki przywiercone do sufitu. Ale cóż, przecież to sztuka. Nie obchodzi mnie to, że przyszli architekci potrzebują stołu przy którym jem swoje śniadanie i nie koniecznie chcę patrzeć na kolejną animację studnetów. Brakuje mi czasem normalności, wytchnienia, chwili kiedy na korytarzu jest cicho i nie ma czegoś takiego jak ‘sala płaczu’. Czasem chciałabym usiąść w ciszy przed komputerem szukając odpowiedzi na pytania do testu i pomartwić się trochę zaliczeniami. W zamian jednak piszę codziennie haiku i zastanawiam się nad tym kogo jeszcze w tej mieścinie nie złapałam na jednych z naszych sond ulicznych.
Tak bardzo jak tęsknię za normalnością i stabilizacją na studiach, zwykłą przewidywalnością i spokojem to… nie potrafiłabym studiować na normalnym uniwersytecie bez wykładowców z włosami w każdym kolorze tęczy i większą ilością kolczyków na twarzy niż da się policzyć. Nie potrafiłabym wrócić do zakuwania przez kilka dni na jedną sesję i pisania wypracowań. Żadna uczelnia nie jest idealna i zawsze studenci będą narzekać na wszystko co się da. Choć przebywanie w miejscu, które jest tak inne od wszystkich, gdzie zamiast testów piszemy raporty zagrożeń przed wyjściem na zajęcia w terenie, a studenci zamiast podręczników noszą ze sobą aparaty analogowe i wielkie mikrofony, gdzie podczas drugiego śniadania siedzimy w centrum spektaklu, bądź planowania nowej budowli. I czasem odwiedzając znajome na innych, normalnych uniwersytetach widzę jak bardzo brak byłoby mi nawet tej nutelli na ścianie i płaczu w pokoju ze świeczkami zapachowymi.
Jesteśmy inni, wszyscy a także każdy z nas jest taki sam jak inni, bo poznając tyle barwnych (czasem dosłownie) osób widzę, że nie ważne jest nic więcej niż charakter. Bez względu na to czy na życie zarabiasz robiąc filmy, animując kolejny lipsync, pisząc smutne wiersze, malując martwą naturę, tańcząc, lecząc ludzi, będąc prawnikiem, nauczycielem czy politykiem to na koniec dnia wszyscy jesteśmy po prostu zmęczeni.

Viva la Creative Universities – we are all weird in here.