Studia w Anglii #2

Nie spodziewałam się, że to kiedykolwiek napiszę, ale… nie żałuję mojego wyboru. Miesiąc temu oddałabym wszystko, aby zamiast tu – w białym, małym, akademikowym pokoju – być na kontrakcie. Teraz musiałaby mnie wyprowadzić policja w kaftanie bezpieczeństwa, bo dobrowolnie nie oddałabym ani jednego dnia spędzonego w tym cudownym miejscu. Kocham każdą białą ścianę, brudną wykładzinę, makaron na kuchennej podłodze, alarm przeciwpożarowy włączający się co najmniej dwa razy w tygodniu, zdechłe osy zaplątane w pajęczynę i stare piwo imbirowe, którego nikt nie dotknął już od dwóch tygodni… będę musiała posprzątać bajzel w naszej kuchni po ostatnim wieczorze.
Nie rozmawiamy dużo, są dni, że nie mówimy do siebie wcale, ale nie zamieniłabym moich współlokatorów na kogokolwiek innego. Uwielbiam ich. Każdy z nas jest inny, wyjątkowy. Razem jesteśmy zlepkiem barwnych osobowości – od takiej wariatki jak ja, która podczas pms’a potrafi rzucać talerzami i będąc wegetarianką zjadłaby nawet konia, po zielonowłosą artystkę, przyszłą ilustratorkę, która cały czas jest spokojna (bo pali trawę codziennie), robi największy burdel w naszej kuchni, je śmierdzący makaron i co tydzień ma nowy tatuaż lub kolczyk.
Nie oddałabym za nic w świecie naszych “rodzinnych” spotkań co wieczór, śpiewania piosenek i nawet mi nie przeszkadza, że zjedli moje wszystkie pierogi. Denerwują mnie – codziennie i coraz mocniej – wszystkim i zawsze. Sikaniem na deskę klozetową, rozrzucaniem jedzenia w kuchni, śpiewaniem karaoke o czwartej rano, kiedy ja na drugi dzień mam iść do pracy, zjadaniem moich pianek i dzwonieniem domofonem o piątej rano. Rodziny się nie wybiera, a sama nie jestem idealna.
Nie zmieniłabym uniwersytetu za żadne skarby tego świata, prawdopodobnie nie potrafiłabym się znaleźć nigdzie indziej. Brakowałoby mi cudownych instalacji artystycznych, wytatuowanych nauczycieli, którzy tak bardzo ekscytują się przekazywaniem nam wiedzy, muzyki na holu uniwersyteckim, sztucznej trawy na quadzie i wolności wyrazu. Po raz pierwszy wiem, że nie muszę się wpasować w tłum – bo nie ma tu jakiegokolwiek tłumu, aby móc się wpasować. Każdy jest inny, przez co nasza uczelnia jest tak pełna kolorów i życia.
Tylko jedno mnie okropnie trapi – podczas świąt porzucę moją uca’ową rodzinę na ponad trzy tygodnie… Mam nadzieję, że podczas mojej nieobecności nie spalą nam akademika…